Napisane przez: Magda | 23 Styczeń 2010

So, how it was?

Drugi dzień z rzędu czekam 10 godzin na lotnisku na samolot. Przyznaję, mogłam przyjechać trochę później na ten z Seulu, ale ogóle podniecenie nie pozwoliłoby mi o niczym innym myśleć:)

W ostatnich dniach praktycznie nie spałam (u Ashley nie miałam łóżka, jedynie przykrótką kanapę, więc najlepszym rozwiązaniem była podłoga… Najlepszym, nie znaczy doskonałym). Ponieważ kawy przestały działać, a zostało mi już tylko kilka godzin by się załadować na ostatni samolot – świetny moment na małe podsumowanie!

Nie wiem, czy jest sens pisać coś o Korei. Czuję, że w kwestii emocjonalnej wyczerpałam ten temat. A w kwestii ciekawostek, to moje nożyczki, które przejechały całą Azję przechodząc wszystkie kontrole, a nie przeszły tej prawie ostatniej w Seulu. No i jeszcze kilkukrotne dopytywanie się pani z lotniska, czy na pewno nie wracam, pytanie suto zakropione zdziwieniem, jak to dlaczego nie.

Co do podróży, Anja na kilka dni przed wyjazdem powiedziała: ”You won’t be the same person after that trip”. Dziś, podobnie jak 6 tygodni temu, nie wydaje mi się, bym uległa jakiejś silnej zmianie. No może moje nastawienie to małych stworzonek – o ile odporność na karaluchy ukształtowała się po pamiętnym moskiewskim lecie 2005, to do gekonów i innych pełzających przyzwyczaiłam się tutaj.

Poznałam wielu ludzi, głównie samotnych, głównie z problemami, z brakiem pomysłu na życie. Osobowościowo odpowiadały mi 2-3 osoby, z którymi mam nadzieję utrzymać choćby facebookowy kontakt.

Znamienne było to, że wszyscy moi hości mieli o mnie takie samo zdanie. Że: jestem independent i że jestem lucky. Co do tego pierwszego: tak, jestem, w sensie, że wszystko załatwiam sama i mam postawiony za chory punkt honoru by nie prosić o pomoc. I tak już prawie od siedmiu lat, choć staram się to zmienić, bo przyznaję, że wymęczył mnie trochę ten styl bycia ;)

A dlaczego miałam szczęście?

-  Filipiny, Cebu – moja gospodyni, która pokazała mi miasto od kuchni, zabrała do bajecznego resortu oraz na swoją farmę, gdzie zjadłam najświeższego kurczaka w życiu (jeszcze biegał, jak przyjechałam). No i to, że byłam pierwszą couchsurfer, którą gościła :)

- Malezja, Kuala Lumpur – szczęście do gospodarza, który pokazał mi wszystko dookoła KL, a także to, co w mieście najpiękniejsze. Oraz niewyobrażalne szczęście do pogody – prawie bez słońca przy ok. 25 stopniach.

- Malezja, Langkawi – otóż mój gospodarz, Din, nie zwykł przyjmować do siebie gości :D Wszyscy jego znajomi byli dosyć zaskoczeni, że zdecydował się mnie zaprosić.

- Malezja, Penang – przechorowałam cały pobyt, ale w najmilszym towarzystwie, jakie można sobie wyobrazić (przypominam, że chodzi o 3miesięczną księżniczkę)

- Singapur – ok, tu skumulował się cały mój pech, ale ponoć mawiają, że on się odkłada na koniec roku, by go nie było w kolejnym :P

Itd., itp. głównie co do pogody, wycieczek akurat w tym dniu co chciałam, czy zniesienia opłaty za tajską wizę do marca 2010 :D  Dodajmy, że dla ułatwienia podróżowałam z kilkoma amuletami :)

Wszystkie dostałam. Pierwsza od lewej to prezent od kambodżańskiej dziewczynki, która chciała mi i Rosjankom sprzedać pakiet za one dolar, a jak dziewczyny dały jej irysy z Rosji, to każdej z nas podarowała po jednej sztuce. Drugą dostałam na kilka dni przed wyjazdem. Obkupując się z Aśką po raz ostatni w kolczyki i różne inne piękne koreańskie rzeczy hand-made, na koniec zakupów pani sprzedawczyni założyła każdej z nas po takiej bransoletce. Ostatnia to prezent do Kuzynki Asi, którą dostałam w paczce z Polski :) Miała ona jeszcze kółeczko-medalionik z jednej strony z napisem LUCK, a z drugiej z podkową. Niestety, odczepiło się podczas jednego z leżakowań na Langkawi (co może poetycko oznaczać, że muszę tam wrócić, by odnaleźć swoje szczęście, pierdu pierdu ;) ). W sumie nie wierzę w takie rzeczy, ale czułam się jakoś lepiej, jak miałam je na sobie przez ten cały czas.

W czasie wyjazdu przeczytałam tylko 1 książkę (słownie: jedną). Choć w trakcie Korei przeczytałam jeszcze Przygody Mikołajka (również przysłane przez Kuzynkę ;) ), które w sumie też mogę zaliczyć do książek ;)

Z muzycznych kwestii, za najważniejsze uznaję poznanie twórczości Marka Dyjaka – znów absolutny przypadek wchodząc na gazeta.pl, którego nie mam w zwyczaju odwiedzać i jakimś trafem wchodząc na artykuł z Polityki. Cała jego historia już teraz tworzy legendę, a tą interpretacją, jak dla mnie sięgnął absolutu.

Jeżeli zaś chodzi o piosenkę wyjazdu, to zdecydowanie wygrywa Lady GaGa i jej “Poker Face” :), którą słyszałam absolutnie wszędzie – w każdym kraju, w każdym mieście. Nawet podczas odwiedzania koreańskich świątyń, które do tego momentu wydawały nam się odizolowane od nowoczesności :)

Dokładnie 5 miesięcy po wylocie, siedzę w tym samym miejscu na lotnisku w Istambule, gdzie powstawały pierwsze notki w oczekiwaniu na tranzyt do Seulu. Wracam z bagażem, który jest świadectwem mojej zaradności (a co, myśleliście, że za te 44kg będę dopłacać? >:) ), paszportem z paroma wolnymi stronami oraz z uszkodzeniami które pierwszy raz w życiu prawdziwie motywują mnie do odwiedzin lekarza. Po tygodniu obserwacji mogę powiedzieć, że lewe kolano na zdjęciach wygląda bardzo dziwnie (nie mam lustra, więc tylko na zdjęciach mogę coś zobaczyć), a prawa stopa nie mieści się do buta :) Dodać to, że lewa stopa, którą sobie nadwyrężyłam jeszcze w Korei ciągle mnie boli… (warto podzielić się komentarzem Aśki “czyli kulejesz na dwie stopy?”) Naprawdę, to zakrawa na cud, że wracam o własnych siłach :)

Napisane przez: Magda | 22 Styczeń 2010

Seul. Dzień 2.

Bohater mojej książki podczas spotkania na żywo powiedział mi, że “Seul jest piękny” i to zdanie było moim głównym motywatorem do zwiedzania przy kilkustopniowym, wietrznym mrozie. Właśnie z powodu temperatury zdjęć jest mało. I ogólnie odpuściłam sobie kilka punktów programu (świątyń i pałaców mam już dość ;) ). A tak w ogóle, to zwiedzanie 10milionowego miasta w jeden dzień to jest dopiero świetny pomysł…

Zaczęłam od pomnika cesarza (tak?)

potem już spacer pięknie odnowionym quasi deptakiem znajdującym się na brzegach kanału, kilka metrów poniżej poziomu ulicy.

Na wejściu choinka oraz próba budowania drugiej ze śniegu (tak to przynajmniej wyglądało)

Potem już piękny “deptak”

po kilkuset metrach wyglądał bardziej swojsko :)

Moim punktem docelowym było to miejsce:

fragment muru berlińskiego, jeden z dwóch znajdujących się w Azji. I pierwszy, który widziałam w życiu.

Zwiedzanie Seulu na wariata jest nawet w porządku – co chwila masz jedną z wielu stacji metra, więc raczej nie ma szansy, że się zgubisz.

To brzmi jak wyzwanie, czyż nie? :)

Jednym z punktów, które chciałam zobaczyć, była rzeka. Tak jakoś znajomo, prawie jak na wielkanocnym spacerze nad Wartą :)

Idę sobie, idę i stwierdziłam, że przejdę na drugą stronę, która była pod ulicą, wydawała się bliżej cywilizacji i kolejnej stacji metra (bo w swoim zwiedzaniu nie chciałam wracać do tej samej).

I idę i idę…

Godzinę idę… już widzę w oddali wiadukt, na który decyduję się wejść… Tylko, tego…

Wcześniej zastałam rozkopane wybrzeże :) Tak wiecie – błoto, piach, śnieg. Bez żadnej informacji wcześniej.

I teraz takie opcje: na lewo rzeka (na wpół zamarznięta), na wprost wiadukt, kilka metrów w błocie pod górę, po prawej trochę lepiej terenowo, jednak w ramach przeszkody stoi rów 1,5×1,5 metra. No i oczywiście droga powrotu, godzinka w jedną stronę.

Już brałam rozpęd na ten rów, ale przypomniała mi się obietnica dana bratu, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by dotrzeć do Polski w jednym kawałku ;) (złożona po incydencie na wodospadach podczas zwiedzania rzeki Kwai).

Wybrałam drogę przed siebie, mijając koparki i mając na ustach tylko jedno, bardzo brzydkie słowo.

Było jeszcze wiele miejsc i sytuacji, które może opiszę już w relacji słownej. Jakby ktoś bardzo chciał ;)

Podsumowując: Seul mi się podobał. Jest gdzie się przejść, wszystko jest w miarę sensownie zrobione, dobra komunikacja – miasto olbrzymie, ale przynajmniej jest co zwiedzać. Nie wiem, może gdybym to tu spędziła wymianę miałabym inne zdanie o tym kraju. Choć wydaje mi się, że więcej prawdy o Koreańczykach ujrzałam w Daegu.

Niniejszym zakończyłam aktualizację bloga! Nie wiem, czy po dzisiejszej ktoś zdąży doczytać tę wiadomość (choć są fani, którym to się chyba uda ;) ), ale za 20 minut zaczyna mi się check-in, a za 2,5h opuszczam Koreę. Nie moją Koreę, nie mój Seul, nie moje Daegu.

Cóż, po prostu nie pasujemy do siebie.

I tak na wszelki wypadek, jakby ktoś nie wiedział: bardzo cieszę się, że już jutro wracam :)

Napisane przez: Magda | 22 Styczeń 2010

Seul. Dzień 1.

Noc spędziłam na lotnisku – raz, że wróciłam późno, a do mojej host jedzie się 2 godziny z lotniska, dwa, że chciałam wypróbować specjalność Korei, czyli spa – saunę – łaźnię w jednym. Płacisz ok 40 zł na wejście, dostajesz piżamkę i ręcznik i możesz zostać całą noc, ze wszystkiego korzystając do woli. Minusem jest to, że nie ma miejsc do spania (chyba że dopłacisz), więc ja się zorganizowałam na 3 fotelach, w lounge, który był zresztą pełen ludzi, którzy wcześniej zajęli dogodniejsze meble.

Obudził mnie budzik o 7 rano, a orientując się, że dla mnie to 5, natychmiast podjęłam decyzję o dezercji z pomysłu wstawania. Tym samym, lotnisko opuściłam po 15 :)

Taka uwaga – gdy po raz ostatni mijałam tablicę odlotów, z 20 pierwszych pozycji 19 było opóźnionych, a jeden lot odwołany. Ale przesiadkę w Stambule mam z 10godzinnym zapasem, powinnam się wyrobić ;)

Ogólnie powrót do Korei zniosłam źle. Bardzo źle (od strony psychicznej). W pewnym momencie przeszło mi przez myśl, by zostać na lotnisku do piątku – przecież to tylko dwie noce. Niewiele brakowało, a zawróciłabym ze swoimi rzeczami z powrotem do spa, kiedy przechodząc obok jednego z wyjść, kierowca taxi zapytał mnie:

“Sir, do you need a taxi?”

Facet ciągle żyje ;)

Dotarłam do mojej host, Ashley – 22letniej Amerykanki, która przyjechała tu uczyć dzieci angielskiego.

W Korei spędzi pół roku (wraca w lutym), jest bardzo fajna, nieamerykańska no i jest jedną z nielicznych osób, których śpiew mi nie przeszkadza. Muzyka gra cały czas (bardzo dobra muzyka!) i od czasu do czasu śpiewamy razem :)

Napisane przez: Magda | 22 Styczeń 2010

Chumphon – Bangkok – Manila – Seul.

Wpis obejmuje dwa dni podróży – 19. i 20. stycznia.

Jedyne wymagania, jakie miałam wobec swojego pociągu, to by spóźnił się mniej niż 2 godziny (nie wyrobiłabym się na autobus, który gwarantował mi terminowy dojazd na lotnisko). Zastrzeżenie miało sens, ponieważ w tamtą stronę przyjechałam na miejsce z 1,5h opóźnienia.

A tu niespodzianka – byłam na czas! (tzn 15 minut po, co do rozkładu, ale to przecież nic przy 7 godzinach jazdy :) )

Miałam czas by coś zjeść, a potem spokojnie czekać na autobus przed dworcem.

Czekam. Czekam.

Czekam.

Zostało niecałe 5 minut do planowanego odjazdu, a autobusu ciągle nie było, więc poszłam się zapytać, skąd tak naprawdę one odchodzą (nie to, żebym wcześniej nie pytała, ale tym razem chciałam wymusić coś w rodzaju odprowadzenia). Żeby nie było tak łatwo – było już po 21 i zamknięto wszystkie wejścia na dworzec z tej strony, z której czekałam no i trzeba było się przeciskać zapleczem KFC (tu puszczamy wodze wyobraźni: ja ze swoimi dwoma plecakami przeciskam się między tym i owym – miód malina). Po drodze pytałam obcokrajowców, którzy nie zrozumieli mojego “Airport bus” oraz pracowników KFC, którzy nie zrozumieli mojego bełkotu. Po dotarciu do pana, który już zamykał okienko dowiedziałam się, że autobus stoi tak bardziej za dworcem, niż przed nim… No to biegiem (ja chyba po prostu inaczej nie potrafię), po drodze zaczepił mnie pan z KFC, do którego dotarło, o co wcześniej pytałam – wyszedł ze mną i pokazał, że tu, za rogiem (nie, nie przed dworcem na parkingu dla autobusów – nie nie) stoi sobie moje AE4, które prawie już odjeżdżało.

Jechałam sama i w czasie jazdy próbowałam poprosić kierowcę w kilku językach, oraz na migi, by zgasił światło. Niestety, nie dogadaliśmy się i miast tego podkręcił i tak rozpędzoną już klimatyzację.

Byłam trochę wcześniej na lotnisku i dopiero za tym razem je doceniłam. Jest duże, nowoczesne, proste w obsłudze, ciekawie zrobione. Taki pozytywny akcent na koniec :)

Tajlandia niestety mnie nie urzekła. Może to zmęczenie materiału – wszak tempo podróżowania narzuciłam sobie zdecydowanie za szybkie. Może pech co do ludzi, na których trafiłam (oczywiście, nie mówię tu o hostach, którzy trafili mi się fantastyczni!). Może za krótko byłam w Bangkoku, a przynajmniej zbyt mało czasu spędziłam na zwiedzanie tego miasta. Może za bardzo nie chciałam wyjeżdżać z Kambodży. W każdym razie, po tych tygodniach spędzonych na walizkach jest to kraj, do którego najmniej chciałoby mi się kiedyś wracać.

Lot miałam o 00:30. I z dotychczasowych był zdecydowanie najfajniejszy :) Mimo, że prawie cały przespałam – jednak ekipa panów koło 40-50, którzy mnie otaczali, zdecydowanie umiliła mi podróż. Jeden postanowił się mną trochę opiekować wyłączając światło, budząc, zbierając papierki do wypełniania. Inny uśmiechał się bez przerwy, ale to bez przerwy, wynaturzając naturalny uśmiech i pokazując całe uzębienie co wyglądało tak komicznie, że śmiałam się za każdym razem gdy na niego patrzyłam. Towarzyszyliśmy sobie aż do wyjścia z hali przylotów.

Doleciałam o 5 nad ranem, a możliwości na spanie mniej niż żadne, więc liczyłam na netbooka i internet. Wi-fi na lotnisku nie było, ale wszyscy utrzymywali, że za check-inem jest. No to wyprosiłam, by mnie odprawiono na 10 godzin przed lotem, załatwiłam niepłacenie opłaty lotniskowej… no i zrobiono mi psikusa – wi-fi nie było :)

W sumie myślałam, że będzie gorzej, ale Samsung postarał się o zainstalowanie godzinnych demo różnych gier. Miałam 4 gry i każda opierała się na zasadach farmville (chociaż ja się tam nie znam, moja styczność z tematem wynosiła mniej niż minutę). Najważniejsze, że spełniły swoje zadanie – czas zleciał szybciej, a ja się rozbudziłam wystarczająco, by móc pisać.

A obawiałam się, że nie będzie kiedy nadrobić bloga :)

W samolocie z Manili skończyłam czytać jedyną książkę wyjazdu (pzdr Jo. ;) ). Po lądowaniu usłyszałam koreańskie powitanie oraz “dziękuję”, czyli prawidłowo “kamshamnida”. No i niech mnie spec od koreańskiego, czyli Aśka oświeci, czy ja znów nie uważałam na zajęciach, bo w samolocie słyszałam wyraźnie “kamsatrymbnida” – to jest inne słowo czy po prostu źle sobie zapisali pronunciation? :)

A, pamiętacie, jak w jednym z pierwszych postów napisałam, jak to mój towarzysz z prawej powitał mnie “Welcome to Korea”? Teraz też tak miałam – usłyszałam “Enjoy your stay in Korea”. Ale tym razem już się tak głupio nie cieszyłam, jak wtedy.

Do Seulu doleciałam na szczęście planowo – na szczęście, bo przechowalnia bagażu była otwarta tylko do 22. Moją poczciwą walizkę odebrałam ok 21:30. No i postanowiłam ją zważyć, żeby wiedzieć, ile mogę przełożyć rzeczy z plecaków do walizki…

Walizka ważyła 23 kg :D Mój duży plecak 12 kg. Mój mały 9 kg.

Co nam daje 44 kg!!!

JAK JA MOGĘ ZABRAĆ W SUMIE 28!!!!!!!!!

Cytując klasyka: “Tylko spokój może nas uratować.”

Więc spokojnie.

Jeszcze nie wiem co.

Ale coś wymyślę.

Napisane przez: Magda | 22 Styczeń 2010

Chumphon. Dzień 1.&2.

Chumphon jest także nazwą całego regionu i tak naprawdę mało kto zatrzymuje się w mieście, chyba że na jedną noc, by jak najszybciej ruszyć na wyspy. Dla mnie akurat to miejsce było idealne – taki był zamiar: na koniec podróżowania pojechać gdzieś, gdzie jest plaża i gdzie się opalę wzbudzając zazdrość spotkanych w Polsce ;)

No i się udało:

Specyfiką plaży były kraby, a właściwie morze krabów, które okazały się niezwykle wdzięcznymi stworzeniami by móc je obserwować (OCZYWIŚCIE, ŻE MAM Z TEGO FILMIK).

Dla niezorientowanych:

taki widok daje stuprocentową gwarancję, że krabów jest pełno :)

Jedynym mankamentem plaży był bardzo silny wiatr, co z jednej strony zapewniało super zabawę w rzucanie się na falę a z drugiej rozniosło piasek i jego pochodne na wszystko, co ze sobą zabrałam. Do dziś odnajduję gdzieniegdzie kawałki muszli, a z włosów wymywałam piasek przez 3 dni.

Pierwszego dnia byłam na plaży sama no i trochę niezorientowana. Trudno mi było uwierzyć na słowo, że “tu przejeżdża autobus co godzinę”, a na pytanie, gdzie jest przystanek pokazywano wzdłuż drogi: “tu”.

No i spędziłam tak na tej drodze godzinę. Zaczęli przychodzić obcokrajowcy pytać się, czy wszystko ok, na co ja, że tak, tylko czekam na autobus. W końcu, razem z dwójką Niemców zostaliśmy podwiezieni do głównej drogi – tam był przystanek i większa szansa, że coś się złapie.

Po kolejnej 1,5 godziny Niemka poszła się zapytać, jak to jest z tymi autobusami. I jej odpowiedzieli, że autobusy to jeżdżą do 16 (było po 18), a potem trzeba zamawiać taksówkę (3 zł za autobus, 30 zł za taxi. Przynajmniej podzieliło się na trzy osoby). Zamówiliśmy, bo nie było innego wyjścia, ale do teraz mnie frapuje, czemu nikt nam wcześniej o tym nie powiedział.

Drugiego dnia byłam na plaży z Christianem i tym razem zdążyliśmy na autobus :) Oba wieczory spędziłam podobnie – dużo czasu w kafejce internetowej ciągle nadrabiając zaległości z bloga. Mogłam to wprawdzie zrobić w miejscu z wi-fi – w całym mieście znalazłam dwa punkty z taką usługą, w tym jedno wyjątkowo szybko zamykane, więc trochę skazana byłam na drugie. Jednak tam stwierdzili, że siedzę już za długo i wyłączyli router :] Na to ja powiedziałam, że w takim razie nie płacę za to, co wcześniej zamówiłam do picia. Przystali na ten deal. Zrobiłam tak pierwszy raz w życiu, ale nie czuję z tego powodu jakiejś potężnej dumy.

Po internecie spotykaliśmy się z Christianem i trochę gadaliśmy. Raz nawet obejrzeliśmy kawałek Premier League :)

Fajny dialog, który udało nam się przeprowadzić:

Ja – Czy oprócz Ciebie, w Twojej drużynie gra jeszcze ktoś spoza Tajlandii?

Christian – Tak, jeszcze 3 osoby z Kamerunu i jedna z bnmjkjl.

Ja – Skąd? [ok, z moją znajomością angielskich nazw państw afrykańskich nie jest najlepiej, ale z jego akcentem również]

Christian – Z blklkxv.

Ja – Nie znam.

Christian – Hmm, znasz się trochę na piłce nożnej?

Ja – Tak. [a przynajmniej uważam, że znam się bardziej niż przeciętna Polka]

Christian – Znasz zespół Chelsea?

Ja – Znam. [:)]

Christian – To tam gra taki zawodnik, mnkbcvng. On też jest z lbckvb.

Tak się nam dobrze rozmawiało :)

Napisane przez: Magda | 22 Styczeń 2010

Bangkok – Chumphon

Jechałam prawdziwym expresem. Takim, co się spóźnił pół godziny i ustępował pierwszeństwa chyba wszystkim innym pociągom. Miał także etapy cofania :D (mam piękny filmik jak inny pociąg był myty w czasie tego półgodzinnego opóźnienia – no ale wiecie jak jest.)

Po przyjeździe, na dworcu, zrezygnowana wykręciłam nr do mojego potencjalnego hosta. Nie odpowiadał na żadne poprzednie smsy, więc nie liczyłam na wiele, ale odebrał :) I powiedział, że przyjedzie za pół godziny. Czekając na niego poprosiłam stojących obok backpackerów o zrobienie mi zdjęcia z całym ekwipunkiem.

Niech Czytelnika nie zmyli mój wymuszony uśmiech! I niech pamięta, że zdjęcie nie uchwyciło mojej torby na ramię, w której były dokumenty, pieniądze, książki, aparat…

Trzeba Wam wiedzieć, że mój host – Christian, przeprowadził się do Chumphon parę tygodni temu i mieszka przy stadionie i niestety nie mógł mnie u siebie ugościć. Dlatego załadował mnie na motocykl i kazał zabrać do jednego z hosteli, za który zapłacił. Znów poczułam się blisko tubylców, mój widok z okna:

Christian jest piłkarzem. No i jest z Kamerunu.

Tutaj podpisując mi koszulkę:

(o koszulce jeszcze będzie :) )

Spotkaliśmy się wieczorem, ja spacerowałam po mieście, a on niósł mi komplet pościeli, bym nie spała w tym, co oferuje hostel. Jak się później okaże, ten gest był jedynie preludium gościnności, z którą się później spotkałam.

Zaprowadziłam go do mojego pokoju, a on stwierdził, że gospodarz bardzo źle go posprzątał. Szczególną uwagę zwrócił na wiatraki. Fakt, były zakurzone, zupełnie jak kilkadziesiąt innych, z którymi miałam przyjemność podczas ostatnich tygodni. Fakt, tu i ówdzie biegały sobie rzędami mrówki, ale czymże są nawet setki mrówek w porównaniu do dziesięciocentymetrowego karalucha, który goni Cię po łazience?

Ja poszłam do jedynego miejsca z wi-fi, a on coś zjeść. Mieliśmy się spotkać jeszcze, ale moje miejsce z free wi-fi zamykano o 22, więc wyglądało na to, że się nie zobaczymy. Wróciłam do hostelu, zrobiłam małe pranie, zaczęłam pisać notkę na bloga… I wtedy przyszedł Christian, który od progu stwierdził, że nie podobają mu się te wiatraki. Uparł się, żeby je wyczyścić, a zrobił to mniej więcej z taką dokładnością, z jaką ja prowadziłam notatki w podstawówce. Następnie wyszorował mi całą łazienkę. Podkreślmy słowo WYSZOROWAŁ oraz CAŁĄ. Już pomijam to, że czułam się jak najgorszy brudas – bardziej przeważał szok, jak ktoś kompletnie obcy może w minutę zacząć traktować Cię jak członka rodziny (i to nie jest sformułowanie górnolotne). Oponowałam przy wszystkim za co się zabierał, na co reagował śmiechem cały czas powtarzając, że musi się mną opiekować i że mam się martwić o siebie, a nie o niego.

Serio, myślałam, że największy szok kulturowy już dawno za mną.

Napisane przez: Magda | 22 Styczeń 2010

Bangkok. Dzień 4.

Na zwiedzenie tego wielkiego miasta miałam tylko jeden dzień i zdecydowałam się postawić na kilka świątyń. Niestety były poza zasięgiem kolejki miejskiej, więc po dojechaniu do ostatniej stacji zdecydowałam się wziąć tuktuka (w którym, w przeciwieństwie do taksówki, cenę mogę ustalić przed a nie po jeździe). Z zaobserwowanych ciekawostek w kolejce, to obok typowych oznaczeń nad niektórymi miejscami “Please offer your seat to those in need” było jeszcze “Please offer this seat to monks”. Fajne, nie? :)

Po wyjściu ze stacji od razu zaatakował mnie właściciel tuktuka, który powiedział, że zabierze mnie wszędzie za ok. 2 zł. I to jest system tuktuków – biorą od Ciebie te dwa złote i zawiozą w każde miejsce, ale wcześniej musisz wstąpić z nimi do sklepu – nawet nie po to by kupować, ale by się rozejrzeć. Umowa między sklepem a tuktukiem jest taka, że oni im dostarczają paliwo. Chyba tylko tyle, wątpię, by im płacili.

Ze świątyń na odwiedziny jeden typ: bardzo duża, bardzo polecana, z największym leżącym Buddą. Nazwy nie pamiętam ;) ale warto, naprawdę.

Teren olbrzymi, każde wejście strzeżone przez takiego skrzata:

W środku kolorowo i ciekawie

wiele posągów

i co chwila jakiś Budda.

Starałam się podczepić pod jakąś wycieczkę, by trochę się dowiedzieć o tym miejscu. Nie wyszło mi to za bardzo, ale przynajmniej dowiedziałam się takich rzeczy jak to, że Buddę można przedstawić w ok. 70 pozycjach ułożenia rąk i każda znaczy co innego.

Weszliśmy do miejsca, jak mi się wydawało najważniejszego z całego kompleksu.

Posiedziałam kilkanaście minut (na zewnątrz było strasznie gorąco) i już chciałam iść zwiedzać coś innego, kiedy zdałam sobie sprawę, że w tej świątyni leżącego Buddy nie było leżącego Buddy :)

Trochę za tłumem, a trochę za intuicją dotarłam. Powiem Wam, robi wrażenie.

Przede wszystkim to, że jest problem ze sfotografowaniem całego posągu :/

Potem przeszłam się wybrzeżem

a następnie w kierunku pałacu królewskiego… Który zamknęli, zanim doszłam :) (spacer dzięki mapce już wcześniej osławionej trwał godzinę). Strażnik dał się przekonać na moje 5minutowe wejście, bym sobie popstrykała foty. Najfajniejsza to ta, przedstawiająca świątynię z leżącym Buddą ;)

A tak przy okazji: Tajowie kochają królewską rodzinę i swojego króla, czemu dają wyraz umieszczając jego obraz przy każdym ważniejszym budynku. Wszystko zależy od konwencji – przy szkole obraz z monarchą piszącym, przy świątyni modlący…

Powrót miałam ciężki. I tym razem nie ze swojej winy. Pierwszy tuk tuk zgodził się mnie zabrać za 2 zł, ale wcześniej musimy wstąpić do 4 sklepów… No to ja ok. Niestety, gdy wyszłam z czwartego, okazało się, że mój tuk-tuk driver sobie pojechał :] Znaczy wystawił mnie. O tyle dobrego, że w tym ostatnim sklepie coś kupiłam, ale nie rozwiązywało to mojego problemu znalezienia się w zadupiu, gdzie tuk-tuki jeździły tylko z pasażerami, by ich wysadzać, a potem na nich czekać (dla odmiany) pod sklepem.

Dogadałam się więc z innym tuk-tuk driverem, że on mnie zabierze ze swoimi pasażerami. Którzy akurat kroili sobie garnitur, więc czekałam mniej więcej godzinę. Kierowca powiedział, że najpierw nas wysadzi pod sklepem, odwiedzie chłopaków (dwójka rich people z Francji), a potem zawiezie mnie. No i co, do sklepu poszliśmy, ja wracam i czekam na Francuzów, a kierowca podchodzi i mówi, że on nie skasuje ode mnie pieniędzy, ale niestety nie może mnie zawieźć tam, gdzie chcę. Wygłosiłam krótki moralitet o kłamstwie i innych pierdołach, wrócili Francuzi i odwiózł nas do ostatniej stacji kolejki, na czym nie wyszłam tak najgorzej, ale przecież nie o to chodzi.

Wszystko przez to, że nie wiedziałam, ze należy wybierać tuktuki z dwiema flagami – to oznacza, że są rządowe i pewne.

Wróciłam, spakowałam się i wcześnie poszłam spać. Następnego dnia, z samego rana ruszałam na pociąg, który miał zawieźć mnie do Chumphon – zagłębia plaż i innych rozrywek znajdującego się na południu Tajlandii.

Odpoczynek był wskazany. Byłam na tyle zmęczona, że zaczęło mi trochę odbijać. Np. wydawało mi się, że zupa na mnie patrzy.

W sumie…

Napisane przez: Magda | 22 Styczeń 2010

Bangkok. Dzień 3.

Dzień nad rzeką Kwai.

Z paru względów zdecydowałam się na wycieczkę organizowaną. Miałam kilka możliwych opcji: odwiedziny farmy tygrysów, jazda na kanapie przymocowanej do słonia (tak to wyglądało na zdjęciu) albo jazda pociągiem po Death Railway, czyli śladami trasy budowanej przez jeńców wojennych. Chyba nie ma wątpliwości co wybrałam :]

Moja wiedza z tego tematu jest równie beznadziejna co z Killing Fields i jak wrócę do domowego księgozbioru to zabiorę się za książkę, dzięki której tytule przynajmniej wiedziałam, że coś nad tą rzeką kiedyś się zdarzyło…

Po dwóch godzinach od wyruszenia z Bangkoku dojechaliśmy na cmentarz nieazjatów poległych podczas budowy tej legendarnej trasy.

Prawie 7000 grobów

Przechadzając się alejkami mogłam dostrzec, że średnia wieku nie wychodzi poza 30 lat. Na niektórych tablicach krzyża nie było, ale to ładnie, że nie wyróżniono tych ludzi umieszczeniem w jednej alejce – wszyscy byli przemieszani.

Ze wszystkich maksym, jakie udało mi się przeczytać najbardziej spodobała mi się “Until we meet again” – jakże bliska mojemu postrzeganiu świata.

Na środku cmentarza stoi krzyż upamiętniający poległych – pod nim wiązanki ciągle przynoszone tu przez ich rodziny.

Miejsce, historia i atmosfera nie przeszkodziły jednak Azjatom w robieniu sobie wyczesanych pamiątkowych zdjęć (nigdy, przenigdy tego nie zrozumiem).

Następnym przystankiem był już słynny most na rzece Kwai, który absolutnie nie przypominał tego, przy którym ginęli ci, których groby przed chwilą oglądałam (no ale czego innego oczekiwać, jak prawdziwy most został zbombardowany po wojnie).

Warto wspomnieć, że ten most tak naprawdę nie był nad rzeką Kwai, tylko nad Mae Khlung. Popularność książki, której autor nigdy nie był na tym moście i nie wiedział, jak to wygląda naprawdę, zmobilizowała do zmiany nazwy rzeki na Kwae Yai (Duża Kwai).

Podróżowałam z dziewczynami, które spotkałam wcześniej na lotnisku. Myślałam wtedy, że to Polki, bo wydawało mi się, że słyszałam mój ojczysty język. Jednak w autobusie siedziały za mną i w ich rozmowach nie słyszałam już  polskiego. Aczkolwiek (!) od czasu do czasu miałam wrażenie, że słyszę polską mowę, ale sądziłam, że to tylko moja wyobraźnia.

W końcu one, po którymś przystanku spytały, skąd jestem.

Okazało się, że dziewczyny są z Holandii, a ich rodzice są Polakami, więc dla nich polski to drugi język :) Ludzie w autobusie też musieli mieć mętlik w głowach, bo zaczęłyśmy rozmawiać najpierw po angielsku, a potem one spontanicznie przeszły na polski i tak już zostało.

Rozstałyśmy się gdy ludzie podzielili się na tych, co jadą do słoni, tygrysów czy na pociąg.

Nasza przewodniczka poinformowała nas, że mamy wysiąść na piątej stacji i postraszyła, że w zeszłym tygodniu dwójka turystów się zgubiła, bo wysiadła wcześniej (i weź tu potem coś zrób). Widok z pociągu na rzekę Kwai:

Najbardziej popularny motyw zdjęć z całego przejazdu: na Wampo Viaduct.

A tu już ja.

Ostatnim punktem programu były wodospady – takie nic przy tym, co pokazali chłopcy z Brazylii, więc nawet nie starałam się robić zdjęć. Poza tym, na samym wejściu zrobiłam sobie największe kuku od czasów uprawiania ostrych zakrętów na asfalcie: rozwaliłam dwa kolana oraz praktycznie unieruchomiłam stopę robiąc z siebie inwalidę na dzień przed głównym zwiedzaniem Bangkoku.

Wieczorem udało mi się dotrzeć na walkę bokserską – okazja, bo zazwyczaj sporo trzeba płacić, a akurat w środy był pokaz przed jednym z centrów handlowych. Może i nie było wielkiej atmosfery, ale przynajmniej byłam blisko ringu. Z 6 walk zdążyłam na dwie ostatnie, ale można powiedzieć, że widziałam tylko jedną. Drugi pojedynek, 12 i 14latka, ciągle w nurcie “wszystkie chwyty dozwolone” zakończył się po ok 30 sekundach, gdy jeden z uczestników dostał nogą w głowę.

Napisane przez: Magda | 22 Styczeń 2010

Bangkok. Dzień 1.&2.

Bangkok jest duży. W niektórych kwestiach przypomina inne kraje azjatyckie, jak wszechobecne minirestauracyjki. Poniżej obrazek sprzed mojego domu:

Różnica pomiędzy tajskimi i np. wietnamskimi miejscami tego typu jest taka, że w Wietnamie siedzi się na 30-40cm krzesełkach :)

A tu podpatrzony lokator dzielnicy:

oraz reklama pełzającej czekolady, dzięki której rozpoznawałam, w którą stronę mam iść na stacji.

Ponieważ pozyskałam sponsora (którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam!), piorytetem pobytu stało się kupno netbooka (jako, że tu wszystko jest tańsze). I tak, pierwszym punktem zwiedzania było najpopularniejsze centrum komputerowe – Pantip Plaza. Potem wystarczyło zorientować się w ofercie, porównać z polską i kupić…

Do obejścia miałam pięć pięter czegoś takiego:

Po godzinie, gdy obeszłam połowę pierwszego poziomu, wiedziałam, że bój to będzie ciężki :) Ale pod koniec dnia udało mi się sklecić finałową trójkę -Toshiba,  Sony, HP. Kilka godzin spędzonych w kafejce internetowej, by sprawdzić opinie o konkretnych modelach, umilone jedzeniem najlepszego ananasa w życiu (a dokładniej pięciu, 1zł/sztuka). W końcu priorytety rozdane… Wracam do sklepu i okazuje się, że na netbooki Sony, Toshiba i HP dają gwarancję tylko na Tajlandię.

Hip hip hura :)

Szukanie część druga/dzień drugi było ułatwione, bo ze wszystkich firm tylko Samsung (nomen-omen…) dawał gwarancję międzynarodową. I wybrałam: Samsung N140, kolor oberżyny (ciemny fiolet ;) ). Zdjęcia nie zamieszczę, bo nie potrafię zrobić dobrego, ale pochwalę się po przyjeździe (szczególnie szpanersko wygląda tajska klawiatura ;) ). Mam wreszcie polskie znaki, dzięki czemu możecie cieszyć się notkami pisanymi piękną polszczyzną ;) Sprawuje się bardzo dobrze, bateria trzyma 6 godzin, dysk 250GB, RAM 2GB. A w porównaniu do warunków polskich, wyszło naprawdę tanio. I to jeszcz eprzed zwrotem podatku, jaki dostałam na lotnisku.

Wieczorem, zmarnowana, ale jeszcze żywa, postanowiłam wybrać się po bilety na jutrzejszą wycieczkę nad rzekę Kwai no i bilety do Chumpton. Stacja była poza dostępem kolejki miejskiej (oczywiście, dopiero w dzień wyjazdu dowiedziałam się, że tam dochodzi metro, które było jakieś 15 min piechotą od domu, w ktorym mieszkałam), ale na mapce której używałam odległość była praktycznie taka sama jak ze stacji do sklepu z komputerami, czyli ok 5 minut. Więc co mi szkodzi taki krótki spacer.

Jednak autor mapy – nazwijmy go po imieniu – idiota, opuścił zajęcia z poprawności stosowania skali. W jedną stronę szłam 40 minut.

W ramach wieczornych powrotów do domu:

Pierwszego dnia wróciłam nie synchronizując się z pozostałymi mieszkańcami i prawie dwie godziny czekałam pod drzwiami (od tego momentu dostałam własny klucz :) ). Czekanie  umiliły mi krzyżówki (których po tych 6 tygodniach jestem mistrzynią) oraz  zwierzak, który bardzo próbował się ze mną zaprzyjaźnić (ta relacja miała przyszłość, ponieważ atakował karaluchy, które chciały mi wejść do torby).

Same wieczory, po powrocie do domu był naprawdę sympatyczne – gromada 10 pseudomieszkańców oraz dwójka gospodarzy, ściśnięta w najmniejszym pokoju i śmieszne rozmowy o niczym przy regionalnym piwie i muzyce na żywo (ukulele + gitara).

Po lewej moja host:

A tu współlokatorzy w trakcie nauki tajskiego. Od lewej: Amerykanin, Rosjanin, Niemiec.

Głównym podręcznikiem był phrasebook z Lonely Planet. Mieliśmy dużo uciechy przy czytaniu go na głos.

Ja -What else you have there?

Ben – “You’re using me just for sex”…

Ja -They’ve put something like that in the dictionary?

Ben – In the category “Problems”.

Na gitarze gra Austriak:

A co do regionalnego piwa:

Otóż “chang”, jak można by się było domyślić po naklejce, to słoń :) Zapoczątkowało to skojarzenia koleżanki Peak z tradycyjną tajską piosenką (o słoniu), której uczą się dzieci w przedszkolach. Tekst nie jest trudny (opiera się na słowie chang) ale za to jest dużo do pokazywania. Piosenka zaczyna się od “chang chang chang…” i naśładowania ruchów trąby :) ZAMIEŚCIŁABYM FILMIK, ale przypominam, że tutejszy youtube na to się nie zgadza. Wyskakuje taki komunikat: “본인확인제로 인해 한국 국가 설정시 동영상/댓글 업로드 기능을 자발적으로 비활성화합니다”.
Ok, jeszcze jest po angielsku ;) “We have voluntarily disabled this functionality on kr.youtube.com because of the Korean real-name verification law”.

Napisane przez: Magda | 22 Styczeń 2010

Phnom Penh – Bangkok

Gdy tylko wyszłam z hostelu mój tuk-tuk driver powitał mnie zawołaniem: “Magda – my friend!”. Powiedziałam, że muszę tylko coś zjeść i możemy jechać. Poszłam na najbliższe “kluski” (czyli taki Vifon bez wody z małym dodatkiem warzyw). Lokal i jedzenie w porządku, jedynie moja kucharka, której na chwilę przed moim zamówieniem córka/wnuczka przeglądała włosy z pensetą w ręce…

Po bardzo ciężkim targowaniu się (z jednej strony padały argumenty biednej rodziny i drogiego paliwa, a z drugiej studentki, która jest u kresu swojej podróży i wszystkie pieniądze już wydała :) ) doszliśmy z kierowcą do porozumienia i za 13$ zdecydował się obwieźć mnie po mieście, do Killing Fields i na lotnisko.

O tym, co komunistyczne rządy Czerwonych Khmerów wyrządziły Kambodży nie wiedziałam. Ciągle czuję, że potrzeba mi doczytać o tych latach, kiedy wymordowano 1/4 ludności tego kraju.

Na początku pojechałam do Tuol Sleng – wcześniej szkoła średnia, w czasie reżimu przekształcona na więzienie, obecnie muzeum.

Groby ostatnich ofiar więzienia

panujący tu wcześniej regulamin

jedna z cel

wygląd z zewnątrz

choć w drugim budynku cele wyglądały zupełnie inaczej:


W kolejnym budynku była wystawa tysięcy zdjęć pomordowanych

To, co było dla mnie chyba najciekawsze, to podwójna relacja Szweda-dyplomaty, który w latach reżimu odwiedził Kambodżę. Uczestniczył wtedy w wycieczce organizowanej przez Khmerów. Podwójna relacja polegała na przedstawieniu zdjęć, które wtedy zrobił z ówczesnym komentarzem oraz z komentarzem 30 lat później – wynotowując, jak bardzo był zaślepiony podczas tej wizyty.

Wyjeżdżając z miasta, na jednej z ulic minęliśmy kobietę (prawdopodobnie chorą psychicznie), która rzucała kamieniami w jadące pojazdy. Ale takimi dużymi kamieniami. To był moment w całej mojej podróży, kiedy najbardziej się przestraszyłam, bo dostanie czymś takim (a jechałam w odkrytym tuk-tuku) mogło skończyć się tragicznie). Na moje spore szczęście, uwagę ode mnie odwiódł jadący za mną terenowy Lexus, który zaliczył dwa uderzenia…

Dojechaliśmy do Killing Fields. Najbardziej znanego – w Choeung Ek.

Na samym wejściu wita nas stupa

która na 17 poziomach mieści szczątki pomordowanych.

Proszę zwrócić uwagę o podpis do tych czaszek – kobiety w wieku 15-20 lat.

Na pierwszym poziomie stupy są resztki ubrać, które zebrano z grobów

Budynek jest stosunkowo nowy – wcześniej wszystko było składowane na wielkich drewnianych stołach. Wejście do stupy:

Zaczęłam obchodzić teren. Mijałam wiele znaków, które opisywały historię tego miejsca:

Nie wiem czy to widać – tu jest dół.

Głęboki na metr, może półtora. W każdym odnaleziono kilkadziesiąt – kilkaset ciał. Cały teren naszpikowany jest takimi grobami. Na poniższym zdjęciu jest ich siedem.

Ten sam teren, tylko z drugiej strony. Wygląda zupełnie inaczej:

A to obrazek zza płotu. Kilkadziesiąt metrów od Killing Fields.

Zdjęcie zdjęcia – zamieszczam, ponieważ zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie. Udowadnia, jak “przeciwnicy reżimu” byli zabijani – z zawiązanymi oczami i ze związanymi kończynami.

Spędziłam tam ponad godzinę – obchodząc teren, a potem oglądając film, który właściwie powielał to, co można było przeczytać na wszelkich tablicach.

Po wszystkim kierowca zabrał mnie na lotnisko, po drodze zatrzymując się po paliwo. Różnica regionalna – tu sprzedaje się je w takich 2,5 litrowych szklanych butelkach po Pepsi :)

Kambodża była pierwszym krajem, z którego autentycznie żal było mi wyjeżdżać, kiedy nie czułam “przygody” w odwiedzinach następnego kraju. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak mi się spodobało, czym tak znacząco ten kraj się różnił od innych. Może to, że w byłam tak krótko, może to ten słoń :) a może byłam zniechęcona po Wietnamie, gdzie mentalność ludzi mi się zwyczajnie nie podobała. Dziwne jest to tym bardziej, że wszędzie czytałam, że to Wietnam jest wspaniały, a Kambodża, poza Angkor Wat nieszczególna (nie wspominając o stolicy, którą większość uważa za nudną). I mimo tego, że zasypiając ciągle słyszałam: “One dolar, madame, pleeeeeease” chętnie tu kiedyś wrócę.

Lotnisko w Phnom Penh było dotychczas najdroższym, obok Stambułu. Co prawda, nic nie przebije 300ml tureckiego soku pomarańczowego za 25 zł, ale jak na azjatyckie warunki to było bardzo drogo. Już w Bangkoku posprzeczaliśmy się trochę z panem od wizy, a w informacji nikt nie wiedział skąd odchodzi autobus do miasta, ale ciągle dawałam temu miastu szansę ;)

Do mojej host – Peak dojechałam tuk-tukiem, który w tym mieście okazał się droższy niż taksówki (pokambodżańska ciekawostka). Dom miał trzy piętra, a Peak, mimo, że uprawiała couchsurfing od miesiąca (bo dopiero miesiąc temu przyjechałą do Bangkoku), miała w dorobku już kilkanaście odwiedzin. Co tu dużo mówić – jak przyjechałam, to najpierw myślałam, że oprócz mnie jest tylko trójka współlokatorów, po czym z każdej “dziupli” zaczął wychodzić nowy osobnik :) W sumie było nas więcej niż 10 osób, co gwarantowało dobrą zabawę.

Po kolacji byliśmy na Avatarze (wcześniej pakując się do taksówki w 6 osób. Oczywiście, był jeszcze kierowca ;) ). Film, tu cytat z Wojtka, “miażdży” – dopiero następnego dnia zdałam sobie sprawę, że to co wiedziałam, było stworzone dzięki grafice komputerowej, a nie nakręcone w plenerze :) Poza tym bardzo chwalę sobie muzykę (a to, jak wiemy, spory komplement w moich ustach). Nie wróżę Cameronowi pobicia rekordu Oskarów, którym wreszcie wyszedłby ponad “Ben Hura”, ale to dlatego, że trudno tu mówić o pierwszoplanowych rolach – większość głównych postaci z aktorami miała wspólny jedynie głos. Ale w kategoriach grafika, montaż, reżyseria i muzyka na pewno będzie faworytem. Mojej opinii nie zmienia nawet fakt notorycznego chrapania osoby z rzędu przed nami :)

Starsze wpisy »

Kategorie