Drugi dzień z rzędu czekam 10 godzin na lotnisku na samolot. Przyznaję, mogłam przyjechać trochę później na ten z Seulu, ale ogóle podniecenie nie pozwoliłoby mi o niczym innym myśleć:)
W ostatnich dniach praktycznie nie spałam (u Ashley nie miałam łóżka, jedynie przykrótką kanapę, więc najlepszym rozwiązaniem była podłoga… Najlepszym, nie znaczy doskonałym). Ponieważ kawy przestały działać, a zostało mi już tylko kilka godzin by się załadować na ostatni samolot – świetny moment na małe podsumowanie!
Nie wiem, czy jest sens pisać coś o Korei. Czuję, że w kwestii emocjonalnej wyczerpałam ten temat. A w kwestii ciekawostek, to moje nożyczki, które przejechały całą Azję przechodząc wszystkie kontrole, a nie przeszły tej prawie ostatniej w Seulu. No i jeszcze kilkukrotne dopytywanie się pani z lotniska, czy na pewno nie wracam, pytanie suto zakropione zdziwieniem, jak to dlaczego nie.
Co do podróży, Anja na kilka dni przed wyjazdem powiedziała: ”You won’t be the same person after that trip”. Dziś, podobnie jak 6 tygodni temu, nie wydaje mi się, bym uległa jakiejś silnej zmianie. No może moje nastawienie to małych stworzonek – o ile odporność na karaluchy ukształtowała się po pamiętnym moskiewskim lecie 2005, to do gekonów i innych pełzających przyzwyczaiłam się tutaj.
Poznałam wielu ludzi, głównie samotnych, głównie z problemami, z brakiem pomysłu na życie. Osobowościowo odpowiadały mi 2-3 osoby, z którymi mam nadzieję utrzymać choćby facebookowy kontakt.
Znamienne było to, że wszyscy moi hości mieli o mnie takie samo zdanie. Że: jestem independent i że jestem lucky. Co do tego pierwszego: tak, jestem, w sensie, że wszystko załatwiam sama i mam postawiony za chory punkt honoru by nie prosić o pomoc. I tak już prawie od siedmiu lat, choć staram się to zmienić, bo przyznaję, że wymęczył mnie trochę ten styl bycia ;)
A dlaczego miałam szczęście?
- Filipiny, Cebu – moja gospodyni, która pokazała mi miasto od kuchni, zabrała do bajecznego resortu oraz na swoją farmę, gdzie zjadłam najświeższego kurczaka w życiu (jeszcze biegał, jak przyjechałam). No i to, że byłam pierwszą couchsurfer, którą gościła :)
- Malezja, Kuala Lumpur – szczęście do gospodarza, który pokazał mi wszystko dookoła KL, a także to, co w mieście najpiękniejsze. Oraz niewyobrażalne szczęście do pogody – prawie bez słońca przy ok. 25 stopniach.
- Malezja, Langkawi – otóż mój gospodarz, Din, nie zwykł przyjmować do siebie gości :D Wszyscy jego znajomi byli dosyć zaskoczeni, że zdecydował się mnie zaprosić.
- Malezja, Penang – przechorowałam cały pobyt, ale w najmilszym towarzystwie, jakie można sobie wyobrazić (przypominam, że chodzi o 3miesięczną księżniczkę)
- Singapur – ok, tu skumulował się cały mój pech, ale ponoć mawiają, że on się odkłada na koniec roku, by go nie było w kolejnym :P
Itd., itp. głównie co do pogody, wycieczek akurat w tym dniu co chciałam, czy zniesienia opłaty za tajską wizę do marca 2010 :D Dodajmy, że dla ułatwienia podróżowałam z kilkoma amuletami :)
Wszystkie dostałam. Pierwsza od lewej to prezent od kambodżańskiej dziewczynki, która chciała mi i Rosjankom sprzedać pakiet za one dolar, a jak dziewczyny dały jej irysy z Rosji, to każdej z nas podarowała po jednej sztuce. Drugą dostałam na kilka dni przed wyjazdem. Obkupując się z Aśką po raz ostatni w kolczyki i różne inne piękne koreańskie rzeczy hand-made, na koniec zakupów pani sprzedawczyni założyła każdej z nas po takiej bransoletce. Ostatnia to prezent do Kuzynki Asi, którą dostałam w paczce z Polski :) Miała ona jeszcze kółeczko-medalionik z jednej strony z napisem LUCK, a z drugiej z podkową. Niestety, odczepiło się podczas jednego z leżakowań na Langkawi (co może poetycko oznaczać, że muszę tam wrócić, by odnaleźć swoje szczęście, pierdu pierdu ;) ). W sumie nie wierzę w takie rzeczy, ale czułam się jakoś lepiej, jak miałam je na sobie przez ten cały czas.
W czasie wyjazdu przeczytałam tylko 1 książkę (słownie: jedną). Choć w trakcie Korei przeczytałam jeszcze Przygody Mikołajka (również przysłane przez Kuzynkę ;) ), które w sumie też mogę zaliczyć do książek ;)
Z muzycznych kwestii, za najważniejsze uznaję poznanie twórczości Marka Dyjaka – znów absolutny przypadek wchodząc na gazeta.pl, którego nie mam w zwyczaju odwiedzać i jakimś trafem wchodząc na artykuł z Polityki. Cała jego historia już teraz tworzy legendę, a tą interpretacją, jak dla mnie sięgnął absolutu.
Jeżeli zaś chodzi o piosenkę wyjazdu, to zdecydowanie wygrywa Lady GaGa i jej “Poker Face” :), którą słyszałam absolutnie wszędzie – w każdym kraju, w każdym mieście. Nawet podczas odwiedzania koreańskich świątyń, które do tego momentu wydawały nam się odizolowane od nowoczesności :)
Dokładnie 5 miesięcy po wylocie, siedzę w tym samym miejscu na lotnisku w Istambule, gdzie powstawały pierwsze notki w oczekiwaniu na tranzyt do Seulu. Wracam z bagażem, który jest świadectwem mojej zaradności (a co, myśleliście, że za te 44kg będę dopłacać? >:) ), paszportem z paroma wolnymi stronami oraz z uszkodzeniami które pierwszy raz w życiu prawdziwie motywują mnie do odwiedzin lekarza. Po tygodniu obserwacji mogę powiedzieć, że lewe kolano na zdjęciach wygląda bardzo dziwnie (nie mam lustra, więc tylko na zdjęciach mogę coś zobaczyć), a prawa stopa nie mieści się do buta :) Dodać to, że lewa stopa, którą sobie nadwyrężyłam jeszcze w Korei ciągle mnie boli… (warto podzielić się komentarzem Aśki “czyli kulejesz na dwie stopy?”) Naprawdę, to zakrawa na cud, że wracam o własnych siłach :)










































































