Dla potomności: wracałam… kilkadziesiąt godzin. Ze względu na zmianę czasu nie jestem w stanie tego poprawnie obliczyć. W każdym razie na lotnisku w Stambule czekałam 16 godzin, była nawet opcja by zwiedzić Stambuł (Turkish Airlines dla pasażerów tranzytowych ma taką piękną możliwość wycieczki po mieście), jednak pan z okienka wizowego był niekumaty+niemiły, poza tym poczułam dziwny lęk, że samolot do Polski odleci beze mnie – i nagle opcja siedzenia w lotniskowym Starbucksie wydała się wspaniałą możliwością spędzenia całego dnia.
Potem już tak jak zwykle – odprawa do samolotu przy innej bramce niż ustalona, czekanie godzinę przed wejściem do samolotu, potem czekanie godzinę w samolocie… Na nogach utrzymywała już tylko adrenalina i poczucie, że tak blisko do końca tej zabawy.
To, co czułam widząc Warszawę, bezpiecznie lądując na swoim miejscu na ziemi – tego nie jestem w stanie opisać żadnymi przymiotnikami. Na ten moment czekałam od pierwszego startu moich wojaży. Wzruszenie spotęgowane myślą, że też po tych wszystkich, często mało odpowiedzialnych, zachowaniach udało mi się wrócić w jednym kawałku.
Opóźnienie dla mnie nie było problemem, jednak miałam spore wyrzuty sumienia wobec tych, którzy zdecydowali się po mnie na ten mróz przyjechać (na moment przylotu było -20 stopni). Ostatecznie na plus wyszło to, że grupa się nieco przerzedziła, bo i tak zrobiliśmy niemałe zamieszanie na Okęciu :)
Bez tej piosenki blog byłby niepełny. Słuchałam jej dużo jeszcze w Polsce, przed wyjazdem, bo jak żadna inna ze znanych mi traktuje o niepewności i lęku przed podróżą – a te uczucia dokuczały mi strasznie. Będąc już na drugiej półkuli starałam unikać się wprowadzania w taki nastrój.
Trochę pomogło ;)